Droga Krzyżowa – rozważania abp. Adriana Galbasa
DROGA KRZYŻOWA
WPROWADZENIE
Droga Krzyżowa, Via Crucis, to także Via Dolorosa, droga cierpienia, wielkiego i niewinnego cierpienia. Rozważamy w niej prawdę o Tym, „który za nas cierpiał rany”, i wciąż je cierpi. Dla nas i dla naszego zbawienia! Z nieskończonej, miłosiernej miłości!
Bracia, ofiarujmy tę wieczorną modlitwę za samych siebie, ale i za księży, którzy kiedykolwiek stanęli na drodze naszego życia. Za tych, którzy podprowadzili nas do Jezusa i za tych, którzy tego nie zrobili. Jeśli możecie, przypomnijcie sobie ich twarze i imiona. Módlcie się także za tych spośród nas, którzy przeżywają teraz swoje szczególne trudności, którym ciąży krzyż samotności, pustki, bezsensu i tyloimiennej udręki. Módlmy się za wszystkich księży świata, oby zawsze rozumieli – jak święty Jan Vianney – że kapłaństwo to „miłość Serca Jezusowego”.
Na początku tej modlitwy przypomnijmy sobie słowa świętego Pawła:
„Niech nas ludzie uważają za sługi Chrystusa i za szafarzy tajemnic Bożych. A od szafarzy już tutaj się żąda, aby każdy z nich był wierny” (1 Kor 4,1-2).
Stacja pierwsza. JEZUS NA ŚMIERĆ SKAZANY
Z księgi proroka Izajasza: „Spadła Nań chłosta zbawienna dla nas, a w Jego ranach jest nasze zdrowie” (Iz 53,3).
„Oto człowiek!” (J 19,5) – tak powiedział Piłat o Jezusie i chyba nie przypuszczał, że wypowiedział w ten sposób najpiękniejszy komplement o ludzkim życiu. Że się zostało człowiekiem. Że człowiek – pomimo tylu pokus – zachował swoją ludzką twarz, swoją godność, że może – bez wstydu – spojrzeć innym w oczy, że może – bez smutku – spojrzeć sobie w twarz. Jakby to było dobrze, gdyby inni mogli tak powiedzieć o nas; dzisiaj i pod koniec naszego życia: „oto człowiek”, „zachował się wobec mnie jak człowiek”, „potraktował mnie jak człowiek”, nie ześwinił się, nie zeszmacił, nie spsił, nie schamiał. Jakby to było dobrze, gdybyśmy my mogli tak powiedzieć o innych. Ks. Jan Zieja, jeden z dobrze znanych polskich księży, pracował przez pewien czas jako kapelan więzienia w Radomiu. Któregoś dnia wrócił do swojego mieszkania, a na drzwiach znalazł kartkę z napisem: „Tu mieszka człowiek”. Więźniowie nie wiedzieli, jak ma na imię ich pasterz; ale wiedzieli jedno, coś ważniejszego, że ten ich ksiądz to człowiek!
Módlmy się:
Panie, Ty jesteś „najpiękniejszym spośród synów ludzkich” (Ps 45,3). Prosimy Cię, pomóż nam, w tych często nieludzkich czasach, uratować w sobie człowieka. Daj Kościołowi ludzkich księży, a księżom –ludzkich ludzi wokół. Niech twój Kościół będzie miejscem schronienia dla każdego człowieka. Amen!
Stacja druga. JEZUS BIERZE KRZYŻ NA SWOJE RAMIONA
Z Ewangelii według św. Mateusza: „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech weźmie swój krzyż i niech Mnie naśladuje” (Mt 16,24).
To chyba jest jedna z największych pokus, na które wystawiona jest nasza wiara – ta fałszywa alternatywa, że gdy zwiążę swoje życie z Chrystusem, to będę musiał nieść krzyż, a gdy porzucę Chrystusa, będę wolny od krzyża. Tak, liczni ludzie nas dzisiaj w ten sposób kuszą! Tylko, że to jest blef, a codzienność wystarczająco go weryfikuje! Bo krzyż zawsze będzie: krzyż młodości, kiedy jeszcze nie wszystko można i krzyż starości, kiedy już nie wszystko można; krzyż braku pracy i krzyż nadmiaru pracy; krzyż celibatu i krzyż małżeństwa; krzyż wspólnoty i krzyż samotności; wreszcie krzyż choroby, cierpienia, umierania i śmierci. Zawsze będzie! Każdy go dźwiga! Wierzący i nie, pobożny i nie. Ktoś, kto jest w Kościele i ktoś kto jest poza Kościołem! Prawdziwa alternatywa jest więc całkiem inna: jeśli zwiążę swoje życie z Chrystusem – mój krzyż będzie miał podpórkę w Jego ramionach i w Jego miłości; jeśli porzucę Chrystusa, będę dźwigał swój krzyż samotnie. Nie chciejmy chrześcijaństwa bez krzyża i nie chciejmy Chrystusa bez krzyża, bo będziemy mieli krzyż bez Chrystusa!
Módlmy się:
Panie, czasem ludzie mówią o nas, księżach, że jesteśmy jak drogowskazy: wskazujemy drogę, ale sami nią nie idziemy. Ty nie jesteś jak drogowskaz. Powiedziałeś, żebyśmy wzięli krzyż, ale sam najpierw go wziąłeś, zostawiając swoje ślady. Ulecz nas z tej wewnętrznej niezgodności i daj nam zrozumieć, że na Drodze Krzyżowej – tej teraz i tej w naszej codzienności – nie jesteśmy sami! Że idziemy po Twoich śladach! Amen.
Stacja trzecia. PIERWSZY UPADEK CHRYSTUSA
Z pism św. Jana Vianneya: „Jeśli żyjecie w grzechu, to i w grzechu poumieracie. Mamy na to mnóstwo dowodów”.
„Gdyby lżył mnie nieprzyjaciel, z pewnością bym to znosił (…), ale to jesteś ty, mój przyjaciel, z którym żyłem w słodkiej zażyłości, chodziliśmy po domu Bożym” (por. Ps 55,13-15). Tak skarży się Bóg. Czy kapłański grzech boli bardziej? Lenistwo, arogancja, pycha, materializm, małostkowość, nieumiarkowane przywiązanie do tego, co nie wznosi; rozwiązłość, nieczystość, grzechy cielesne gorszące ludzi. Tak! Często my, kapłani, nie jesteśmy nie tylko święci, jak chciałby tego Chrystus, ale nie jesteśmy nawet świetni, jak chciałaby tego przyzwoitość. I to trzeba powiedzieć na głos, że to jest nasza wina, nasza wina, nasza bardzo wielka wina. A ponieważ „komu więcej dano, od tego więcej będzie się wymagać”, potrzebna jest wielka modlitwa o miłosierdzie, „dla nas i świata całego”! Tak, nawet jeden, który upadł, to o jeden za dużo. Jedno upadające drzewo robi więcej hałasu niż cały, spokojnie rosnący las. Grzech jednego uderza w nas wszystkich! A temu Bratu, który upadł, trzeba pomóc wstać, aby mógł iść dalej! I tym, którzy zostali przewróceni, też trzeba pomóc wstać, aby mogli iść dalej! To jest obowiązek ludzkiego, a tym bardziej chrześcijańskiego serca.
Módlmy się:
Panie, umęczony naszymi upadkami, dźwignij nas! Dźwignij nas i nawróć. Przede wszystkim nawróć nas, księży, abyśmy żyli jak księża. Amen.
Stacja czwarta. SPOTKANIE Z MARYJĄ
Z pism św. Jana Vianneya: „Kiedy cierpimy, możemy znajdować umocnienie w obrazie Zbawiciela, który pokryty ranami, w strasznych boleściach niesie krzyż i umiera na krzyżu”.
Maryja daje nam ważną lekcję: jeśli być przy Chrystusie, to być „na dobre i na złe”. Być na przepadłe. Na całego! Czasem, a nawet często mylnie sądzimy, że człowiek może się rozwijać tylko wtedy, gdy wszystko idzie dobrze, gdy wokół jasna jasność, gdy wszystkie sprawy toczą się według raz ustalonego – i to oczywiście ustalonego przez nas – porządku! Ale to jest iluzja. Wcześniej czy później trzeba będzie opuścić bezpieczny Nazaret i stanąć na Drodze Krzyżowej. Zacznie być mniej pewnie i mniej ładnie. Wokół zalegną ciemności; przyjdą ciemne noce: noc zwątpienia, noc bezsensu, noc samotności. I żadnego światła. Nie przefruniesz tego doświadczenia, nie przeskoczysz go, nie ominiesz. Trzeba przez to przejść! Ale jak już się przejdzie, to człowiek mężnieje, jest wewnętrznie znacznie silniejszy, tak że nawet potężny huragan nie zdoła go pokonać!
Gdy się jest przy Chrystusie, to wcale nie znaczy, że ciągle będzie łatwiej. Czasem jest na odwrót: im bliżej Chrystusa, tym trudniej, ale zawsze pewniej. „Ten, kto wierzy w Chrystusa – powiedział papież Benedykt XVI – nigdy nie jest sam”.
Módlmy się:
Panie, dziękujemy Ci za nasze Matki, które stały i stoją na naszych Drogach Krzyżowych. Dziękujemy za ich matczyne ramiona, w których możemy się schronić, jak okręt w porcie, w czas wielkiej burzy. I dziękujemy za Maryję, Matkę kapłanów i Wspomożycielkę wierzących! Maryjo, uciekamy się pod Twoją obronę, Pomagaj nam! Bądź zawsze przy czwartej stacji naszej Drogi Krzyżowej, rozświetlaj swoim pięknem każdą ciemność w nas i wokół nas. Amen.
Stacja piąta SZYMON Z CYRENY POMAGA NIEŚĆ KRZYŻ CHRYSTUSOWI
Z listu św. Pawła Apostoła do Filipian: „Niech każdy ma na oku nie tylko swoje własne sprawy, ale też i drugich. To dążenie niech was ożywia; ono też było w Chrystusie Jezusie” (Flp 2,4-5).
Nazywał się Szymon, pochodził z Cyreny, miał pole i synów. Tyle jego CV! Miał też pewnie swoje plany na popołudnie. Może chciał się wykąpać, przespać i przygotować do święta! I nagle na jego drodze stanął cudzy krzyż, i ten cudzy krzyż pokrzyżował mu jego własne plany! Często tak mamy – prawda? Że cudzy krzyż krzyżuje nam nasze własne plany! Te mikro, na jedno popołudnie, i te makro, nieraz na całe życie! I wtedy jest pora na decyzję, a w tej decyzji weryfikuje się wszystko: i nasze chrześcijaństwo, i nasze kapłaństwo, i nasze życie konsekrowane. Po prostu wszystko! Co wtedy zrobię? Na co się zdecyduję? Jak postąpię? Zawsze mnie to zastanawia, kiedy Szymon się zorientował, że dając tak niewiele, otrzymał tak wiele? Kiedy się zorientował, że podnosząc krzyż Chrystusa, sam został przezeń podniesiony na całkiem inny poziom, że jego życie urosło, nabrało głębi, nowego sensu…
Módlmy się:
Panie, tak często jesteśmy bardzo surowi wobec innych i bardzo łagodni wobec siebie. Chcemy, aby inni nas rozumieli, szanowali, by nam pomagali, a sami omijamy ich krzyże. Uwolnij nas od nas samych i daj nam odważne serca, dobre słowa i łagodne spojrzenia, byśmy czynili innym to, czego sami oczekujemy od nich (por. Mt 7,12). Amen!
Stacja szósta. WERONIKA OCIERA TWARZ CHRYSTUSOWI
Z pism św. Jana Vianneya: „Pierwszym sidłem, które diabeł zastawia na osobę, która zaczyna służyć Panu Bogu jest obawa przed ludzką opinią.”
Mówi o niej tradycja. O tej prostej dziewczynie, która nie mogła powstrzymać odruchu wrażliwego serca. Pełna spontanicznej miłości, nie myśląc o możliwych konsekwencjach, wybiegła przed tłum, otarła twarz Jezusa i otrzymała dwa piękne dary: oblicze Pana, odciśnięte na zwykłej chusteczce oraz nowe imię: Weronika, czyli vera icona! Ona sama, ta dziewczyna, stała się obliczem Chrystusa, Jego prawdziwą ikoną. Tak jest zawsze, gdy pomagamy innym. Nawet w najzwyklejszy sposób, w jakimś małym wymiarze. Tak jak umiemy. Twarz Chrystusa odbija się wtedy w naszej twarzy. Chrześcijanin to nie ten przede wszystkim, kto walczy z grzechem, ale to ten, kto – w imię Chrystusa – czyni dobro. Jak ogród nie jest przede wszystkim po to, aby wyrywać z niego pokrzywy, ale po to, by wyhodować w nim róże. Pokrzywy wyrywa się przy okazji hodowli róż, a nie zamiast niej! Czemu ludzie dzisiaj tak często nie widzą Chrystusa? Mamy w Polsce ponad 20 000 księży i prawie 30 000 osób konsekrowanych, a ludzie tak często nie widzą Chrystusa! Dlaczego? Może brakuje Weronik?
Módlmy się:
Panie, dziękujemy Ci za każdego księdza, w którego twarzy zobaczyliśmy Twoją twarz, w którego słowach usłyszeliśmy Twoje słowa, w którego miłości, odkryliśmy Twoją miłość. Daj nam wszystkim Ducha męstwa, abyśmy się nie dali sparaliżować strachowi, egoizmowi i ludzkiej opinii, ale odważnie wybiegali przed szereg z chusteczką dobra w dłoniach. Jak Weronika! Amen.
Stacja siódma: JEZUS CHRYSTUS DRUGI RAZ UPADA POD CIĘŻAREM KRZYŻA
Z Drugiego Listu św. Piotra: „Dlatego bardziej jeszcze, bracia, starajcie się umocnić wasze powołanie i wybór! To bowiem czyniąc, nie upadniecie nigdy. W ten sposób szeroko będzie wam otworzone wejście do wiecznego królestwa Pana naszego i Zbawcy, Jezusa Chrystusa” (2P 1,10-11).
Nic dwa razy się nie zdarza i nie zdarzy, pisała Poetka-Noblistka. A jednak się zdarza. Można drugi raz upaść i drugi raz powstać, i drugi raz pomóc komuś powstać. Nie wolno się tylko zniechęcać, załamywać, rezygnować i rozpaczać. To jest prawdziwa klęska – kiedy zamiast mobilizować siebie i innych do dalszej drogi, rozpaczamy z powodu powtarzających się upadków. „Znowu mi się nie udało”, „znowu powinęła mi się noga”, „jestem do niczego”. Nie wolno tak mówić, nie wolno nawet tak myśleć. To odbiera siły, rujnuje zaufanie! Ale też trzeba uczyć się wyciągać wnioski ze swoich upadków. „Dlaczego znowu upadłem?”, „o czym zapomniałem?”, „o czym nie pamiętałem?”, „co zlekceważyłem?”, „co mnie tak osłabiło?”. To ważne pytania. Pytania kogoś, kto rozumnie przeżywa swoje życie, swoje chrześcijaństwo i swoje kapłaństwo. Ta stacja jest w środku Drogi Krzyżowej. W połowie. Właśnie wtedy najłatwiej o zniechęcenie. Wtedy człowiek daje się pokonać pesymistycznej wizji samego siebie. W środku Seminarium najwięcej kleryków z niego rezygnuje, w środku życia, gdzieś po czterdziestce, ludzie przeżywają swoje najtrudniejsze chwile; kryzys środka kapłaństwa, małżeństwa, zakonności. Kryzys środka życia. Daleko wtedy już od początku i daleko wtedy jeszcze do końca. A blisko tylko do swoich powtarzających się upadków. Błogosławiony, kto bezpiecznie przejdzie przez środek!
Módlmy się:
Panie, dziękujemy Ci za sakrament pokuty, poprzez który podnosisz nas z naszych upadków. Dziękujemy Ci za tych, którzy go sprawują i za tych, którzy z niego korzystają. Jedni i drudzy wyznają w ten sposób wiarę w Twoje nieskończone miłosierdzie. Prosimy Cię, daj nam dobre serce dla siebie samych, abyśmy nie załamywali się sobą i swoimi upadkami, ale za każdym razem umieli z nich powstać. I daj nam jeszcze miłość cierpliwą, która zmobilizuje nas do dalszej drogi. Amen.
Stacja ósma. PŁACZĄCE NIEWIASTY
Z Pierwszego Listu św. Jana Apostoła: „Dzieci, nie miłujmy słowem i językiem, ale czynem i prawdą. Po tym poznamy, że jesteśmy z prawdy i uspokoimy przed Nim nasze serce” (J 3, 18-19).
Gdy odprawiamy Drogę Krzyżową w Jerozolimie, możemy zobaczyć, że niektóre stacje są upamiętnione pięknymi kaplicami, inne prostymi tablicami, a ta jest najbrzydsza. Na zardzewiałym haku wisi stary wieszak od spodni, a na nim tabliczka z napisem: „stacja ósma”. Takie byle co! Ale – w pewnym sensie – jest to najwłaściwsza ilustracja tej stacji. Bo ona jest właśnie protestem przeciwko byle czemu! Te niewiasty nie zrobiły nic. Tylko stały i płakały. Nie miały miłości Maryi, odwagi Weroniki albo pokory Szymona. Ani nie szły z Jezusem, ani nie szły za Jezusem. W ogóle nie szły. Tylko stały i płakały. Zachowały się banalnie! „Kocham Kościół – powiedziała mi pewna młoda kobieta – ale wie ksiądz, co mnie najbardziej boli? Że w Kościele jest tyle byle czego. Kiczowate dekoracje, tandetne ozdóbki, nieprzygotowane homilie, płytkie porady w konfesjonale, odwalona liturgia, jakby nam się nic nie chciało zrobić porządnie, dobrze i konkretnie!”. Tak powiedziała tamta kobieta. Przypomniała mi się, gdy myślę o tych z Jerozolimy. One też nic nie zrobiły porządnie, dobrze i konkretnie. Tylko stały i płakały.
Módlmy się:
Panie, Ty przyszedłeś na ziemię, aby przemienić ją także przez solidną, konkretną i owocną pracę. Oducz nas leniwego życia, pustych słów i banalnych rozwiązań. Najgorzej został potraktowany ten, kto swój talent zakopał w ziemi i przez całe życie nic nie zrobił (por. Mt 25,14-30). Pomóż nam, Panie, walczyć z demonem nudy, byśmy uczciwie pracując, „ze spokojem własny chleb jedli” (2 Tes, 3,12). Amen.
Stacja dziewiąta: JEZUS CHRYSTUS TRZECI RAZ UPADA POD CIĘŻAREM KRZYŻA
Z pism św. Jana Vianneya: „Jeżeli jesteśmy biedni, pozbawieni światła i łask Bożych, to wina tkwi w tym, że się nie modlimy albo że się modlimy źle.”
„Zawsze wtedy, gdy zaniedbywałam modlitwę, zaczynałam się chwiać” – powiedziała św. Teresa Wielka. Leżący na ziemi Chrystus jest obrazem nas samych, gdy porzucamy modlitwę. Wtedy zaczynamy się chwiać, potem bardziej chwiać i bardziej, a w końcu upadamy. Bez modlitwy jesteśmy jak piasek a nie jak sól. A przecież nawet tona piasku nie zrobi tego, co szczypta soli. Bez modlitwy tak łatwo się zagłodzić. Nie ma wtedy siły, by iść, a tym bardziej, by iść z krzyżem. Ile się modlisz? Jak często? Jak długo? Jak wiernie? Tydzień ma 168 godzin. Ile się modlisz? Jaki czas przeznaczasz na modlitwę? Ten najlepszy czy ten najgorszy, gdy już jesteś zmęczony i nic ci się nie chce? Na ikonach prawosławnych diabeł często nie ma kolan. Bo po co mu kolana, skoro przed nikim ich nie zgina. Kiedy się nie modlę, niebezpiecznie upodabniam się do tego, który jest przeciwnikiem Chrystusa!
Módlmy się:
Panie, naucz nas modlić się i nie ustawać! (por. Łk, 11,1). Szczególnie polecamy Ci teraz wszystkich, którzy myślą o kapłaństwie i tych, którzy już do kapłaństwa się przygotowują. Niech czynią to przede wszystkim na kolanach. Daj im Ducha pobożności, aby chcieli się modlić, by wierzyli w sens każdej minuty przeżytej z Tobą i by kiedyś uczyli modlitwy tych, do których ich poślesz. Amen.
Stacja dziesiąta: JEZUS ODARTY Z SZAT
Z Ewangelii według świętego Mateusza: „Biada temu, kto by stał się powodem grzechu dla jednego z tych małych” (Mt 18,6).
Wszystko Mu zabrali. Zerwali z Niego ostatnią szatę. Zostawili tylko krzyż. Krzyża nikt nie chce! I oto Bóg stoi przed człowiekiem. Nagi! Jak nagi Adam w ogrodzie Eden. Ale w tej nagości nie ma nic wyuzdanego. Jezus jest czysty niczym naga hostia wystawiona do adoracji. Tak bardzo potrzebna jest nam dzisiaj kontemplacja świętego Ciała Jezusa, abyśmy docenili wartość czystości i stali się wewnętrznie piękni i wolni. Ile jest brudu, którym oblepione są ludzkie ciała! Czy nie wiemy, że dzieci w podstawówkach nierzadko wymieniają się linkami do pornograficznych filmów z taką samą beztroską, z jaką ich dziadkowie wymieniali się znaczkami pocztowymi? Czy nie wiemy, że młodzi ludzie w liceum, którzy nie mieli jeszcze żadnych kontaktów seksualnych, nierzadko muszą wymyślać nieprawdziwe historie o swoich podbojach, bo gdyby się przyznali, że są czyści, zostaliby wyśmiani przez rówieśników? Czy nie wiemy, że pary studentów, decydujące się na oddzielne mieszkanie – by nie udawać małżeństwa, skoro nie są małżeństwem – nierzadko są uważane za „dinozaury”, za ludzi nie z tej epoki? Czy nie wiemy, że w naszych miastach funkcjonują domy publiczne, ukrywane pod eleganckimi nazwami? Ile jest brudu, którym oblepione są ludzkie ciała! A nagi Jezus patrzy! Patrzy i cierpi. Obyśmy się opamiętali! Oby czystość nas, księży i osób konsekrowanych, i nasza wierność celibatowi, były zadośćuczynieniem za każdą wyuzdaną nagość!
Módlmy się:
Panie, Ty powiedziałeś, że ludzie czystego serca są błogosławieni, bo oni Boga będą oglądać (por. Mt 5,8). Prosimy Cię, oczyść nasze serca, aby pragnęły przede wszystkim Ciebie, oczyść nasze oczy, by oglądały przede wszystkim Ciebie, oczyść nasze myśli, by były przyzwoite, oczyść nasze ciała, by były skromne. Przywróć biel tej szacie, którą otrzymaliśmy w dniu chrztu. Szacie łaski. Amen.
Stacja jedenasta. JEZUS PRZYBITY DO KRZYŻA
Z Listu św. Jakuba Apostoła: „Trwajcie więc cierpliwie, bracia, aż do przyjścia Pana (…). Bądźcie cierpliwi i umacniajcie serca wasze, bo przyjście Pana jest już bliskie” (Jk 5,7-8).
W naszych kościołach ta stacja jest czasem umieszczana naprzeciw stacji drugiej. Bo one są rzeczywiście jakoś symetryczne. Wtedy – przy drugiej stacji – Chrystus wziął krzyż, teraz, przy jedenastej, pozwolił, aby Go do krzyża przybili. To jest wierność Chrystusa! Wierność swojemu powołaniu i własnej misji. Jezus sobie nie żartuje ze spraw poważnych. Traktuje na serio raz dane słowo i raz przyjęte zadanie, jakby chciał powiedzieć, że powołanie to nie są wczasy w ładnym miejscu, które można skrócić, gdy popsuje się pogoda, albo reklamować, gdy nie były dostatecznie przyjemne. Tak często rządzi nami chwila. Chwila robi z nami, co chce. Umiemy się zobowiązać do wielkich zadań pod warunkiem, że będą trwały przez chwilę. Jeśli mają trwać dłużej, mamy z tym problem, a jeśli mają trwać całe życie, często nie dajemy rady! Ile jest niewytrwania: zbyt szybkich odejść z seminarium, porzuconych kapłańskich sutann, profesyjnych krzyży, ile rozwodów, ile słów rzuconych na wiatr, ile niedotrzymanych obietnic i odwołanych przysiąg. Ile jest niewytrwania! Jakże nam bardzo potrzeba dzisiaj wierności.
Módlmy się:
Panie, błogosław wszystkim, którzy są wierni swojemu powołaniu. Daj Ducha mądrości tym, którzy teraz podejmują ważne życiowe decyzje. Pomóż się opamiętać tym, którzy porzucili raz obraną drogę. Bądź uwielbiony Ty, który ciągle Jesteś. Amen.
Stacja dwunasta. ŚMIERĆ JEZUSA NA KRZYŻU
Z myśli św. Jana Vianneya: „Gdybym równocześnie spotkał kapłana i anioła, to kapłana pozdrowiłbym jako pierwszego. Bo anioł jest przyjacielem Boga, a kapłan jest Jego uobecnieniem. Nawet dwustu aniołów nie da nam rozgrzeszenia i nie odprawi nam Mszy, a kapłan może to uczynić.”
Oto świadek miłości. Ukrzyżowany! Oto Ten, który kocha z wysokości krzyża. Bo miarą miłości nie są namiętne pocałunki, drogie prezenty ani czułe słowa. Nimi można okłamać! Miarą miłości, miarą, która nie oszukuje, jest ofiara. Ofiara złożona w całkowitej wolności serca. „Nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie oddaje za przyjaciół swoich” (J 15,13)! A gdy ktoś życie oddaje za grzeszników? Tak, On „do końca nas umiłował” (J 13,1). I tak już będzie zawsze. Jego miłość jest stała i pewna. Choćby nas wszyscy porzucili i zdradzili – On zawsze kocha. Jego miłosna ofiara wciąż trwa na ołtarzach całego świata. Doceńmy to! Bądźmy wokół tych ołtarzy. Karmmy się Najświętszym Ciałem Jezusa, w którym pulsuje Jego Miłość! I módlmy się za siebie nawzajem i za naszych braci księży, aby godzina przy ołtarzu była najważniejszą i najświętszą godziną naszego dnia. Jak dla Jana Pawła II, jak dla Proboszcza z Ars, jak dla Ojca Pio, jak dla bł. ks. Jerzego i bł. Kardynała Stefana, i dla tylu, tylu innych, którzy stali się dla nas prawdziwymi świadkami Miłości.
Módlmy się:
Panie, „Miłośniku życia” (Mdr 11,26), dziękujemy Ci za Twoją niezmienną miłość, za to, że nas kochasz pomimo naszych braków i słabości. Dziękujemy Ci za Przenajświętszą Ofiarę Twojego Ciała i Krwi. Prosimy Cię, zgodnie z tym co powiedziałeś, przyciągaj nas do siebie (por. J 12,32), Ty –wywyższony nad ziemią – przyciągaj wszystkich do siebie, do Twojego Stołu. I daj nam Ducha Miłości, abyśmy umieli kochać jak Ty. Amen.
Stacja trzynasta. JEZUS ZŁOŻONY W RAMIONA MARYI
Z Ewangelii według świętego Łukasza: „A Matka Jego chowała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu” (Łk, 2,51).
Patrząc na Maryję trzymającą w swoich ramionach zmasakrowane ciało Syna, myślmy o Kościele, który jest naszą Matką. Czy kocham Kościół, który jak dobra matka karmi mnie codziennie sakramentami i Słowem? Czy kocham Kościół, który jak mądra matka przestrzega mnie przed przeszkodą i choćby nie wiem co, zawsze powie: „Dziecko, tego nie wolno. Są rzeczy, których robić nie wolno, są miejsca, gdzie iść nie wolno, są sprawy, w które nie wolno się angażować”? Czy kocham Kościół, który jak pobożna matka modli się za mnie każdego dnia? Czy kocham Kościół, który jak Maryja trzyma mnie w swoich ramionach za życia i po śmierci? Bądźmy Kościołem, bądźmy z Kościołem i bądźmy w Kościele. Wejdźmy do Kościoła obiema nogami i całym sercem. Już dość podziałów na „my” i „oni”. Płynie w nas ta sama krew: Przenajświętsza Krew Zbawiciela, który zapłacił wielką cenę, abyśmy mogli żyć razem. I powierzajmy się każdego dnia nieustającej modlitwie Maryi.
Módlmy się:
Panie, bądź uwielbiony za macierzyństwo Maryi i za macierzyństwo Kościoła. Maryjo, Matko nasza, módl się za nami, Twoimi dziećmi, za nami grzesznikami. Módl się teraz i w godzinę naszej śmierci, i kiedy już umrzemy. Przytrzymaj nas wtedy w swoich silnych ramionach. Maryjo, Matko Kościoła, broń Kościół przed wszystkimi, którzy chcą go uszkodzić. Amen.
Stacja czternasta. JEZUS ZŁOŻONY DO GROBU
Z pism św. Jana Vianneya: „Dopiero w godzinie śmierci zrozumiemy, ile czasu straciliśmy na darmo, ile zmarnowaliśmy łask”.
Św. Jan Paweł II pisał swój Testament przez wiele lat. I ciekawa rzecz, że gdy jeszcze był młody, sprawny, gdy jeździł na nartach, zanim jeszcze na plac przyszedł Ali Agca i wyciągnął rewolwer, papież napisał ten fragment Testamentu, w którym modlił się o śmierć. Prosił, by jego śmierć była… No właśnie – jaka? Szybka? Lekka? Bezbolesna? W żadnym razie. On prosił, by jego śmierć była „pożyteczna”. „Przyjmując już teraz moją śmierć – pisał – ufam, że Chrystus da mi łaskę owego ostatniego Przejścia czyli Paschy. Ufam też, że uczyni ją pożyteczną dla tej największej sprawy, której staram się służyć: dla zbawienia ludzi”. Śmierć pożyteczna dla zbawienia ludzi. Tak napisał. I dwadzieścia pięć lat potem, Bóg wysłuchał tę modlitwę. Nie bój się śmierci. Ona nie jest przeciwniczką życia i nie jest na końcu życia. Przeciwnie – jest po stronie Życia, tego wielkiego Życia, które On wysłużył ci swoją śmiercią. Nie bój się śmierci, tylko żyj! Człowieku, żyj! Dobrze, mądrze, twórczo. Przecież dokładnie możesz policzyć dni, które minęły od dnia twoich narodzin aż do dzisiaj, ale nie znasz nawet ogólnej liczby tych, które zostały ci od dzisiaj do dnia twojej śmierci. Może jest ich już niewiele, może dużo mniej, niż myślisz! Nie wolno ci zmarnować już żadnego. Więc żyj. I pozwól żyć innym. Nie niszcz cudzego życia, nie truj komuś życia, nie zabijaj! Niech żaden twój dzień nie będzie zbylejaczony. Niech każdy będzie pożyteczny. Także ten ostatni. Dzień twojego umierania.
Módlmy się:
Panie, Zwycięzco śmierci, dziękujemy Ci za pierwszy dzień naszego życia, za dzień dzisiejszy i za ten ostatni, który zbliża się z każdym uderzeniem zegara. Obyśmy i w życiu, i w śmierci należeli do Ciebie. Prosimy Cię, daj zmarłym biskupom, kapłanom, klerykom i wszystkim zmarłym wieczny odpoczynek. Niech odpoczywają w pokoju Twoim. Amen.
ZAKOŃCZENIE
Duszo Chrystusowa, uświęć mnie.
Ciało Chrystusowe, zbaw mnie.
Krwi Chrystusowa, napój mnie.
Wodo z boku Chrystusowego, obmyj mnie.
Męko Chrystusowa, wzmocnij mnie.
O, dobry Jezu, wysłuchaj mnie.
W ranach Twoich ukryj mnie.
Nie daj mi z Tobą rozłączyć się.
Od złego wroga obroń mnie.
W godzinę śmierci wezwij mnie.
I każ mi przyjść do siebie,
abym z świętymi Twymi chwalił Cię,
na wieki wieków. Amen”.
+ Adrian J. Galbas SAC

