Homilia wygłoszona podczas odpustu ku czci św. Szymona w Lipnicy [tekst]
Szymon – pielgrzym nadziei
(Homilia wygłoszona podczas odpustu ku czci św. Szymona z Lipnicy, 20 lipca 2025 roku)
Siostry i Bracia,
bardzo się cieszę, że w tę lipcową niedzielę mogę modlić się razem z wami w tym pięknym miejscu, w Murowanej Lipnicy, czcząc najbardziej znanego jej mieszkańca, św. Szymona, który choć żył prawie sześć wieków temu, wciąż jest aktualnym wzorem świętości i wciąż ma nam wiele do powiedzenia, a jeszcze więcej do pokazania, bo bardziej niż jego słowa, dociera do nas przykład jego życia, całkowicie oddanego Bogu, poprzez oddanie go bliźnim.
Święty Szymon robił to niezwykle intensywnie realizując swoje powołanie zakonne i kapłańskie: jako teolog, kaznodzieja, spowiednik, a przede wszystkim duszpasterz. Znana jest jego gorliwość wobec chorych. To ostatecznie z jej powodu zmarł, służąc chorym podczas epidemii.
Cieszę się więc, że tu dziś jestem, bo – wstyd się przyznać – nigdy wcześniej mi się to nie udało, ale cieszę się także dlatego, że istnieje dość szczególny związek pomiędzy Warszawą, a raczej jej Patronem, a św. Szymonem. Patronem Warszawy jest bowiem bł. Władysław z Gielniowa, który krótko po śmierci, swojego współbrata Szymona był prowincjałem Bernardynów. On – widząc jaką czcią jest otaczany grób przyszłego Świętego – nakazał przenieść jego szczątki do specjalnej kaplicy w krakowskim kościele, co było już swoistą małą beatyfikacją Szymona, wzmagającą jego intensywny kult. Na formalną beatyfikację Szymon będzie musiał czekać dwa wieki, na kanonizację, kolejne cztery.
Wasz Święty Rodak jest niezwykle aktywny. Wciąż przynosi ludziom uzdrowienie, którego Dawcą jest Bóg. Przynosi przede wszystkim uzdrowienie duchowe, polegające na tym, że ludzie, przez jego wstawiennictwo odzyskują wiarę, lub otrzymują pragnienie, by ją gwałtownie pogłębić, by przejść od wiary połowicznej, pustej, zimnej, pełnej rutyny i pełnej sloganów, do wiary głębokiej i żywej. Wielu ludzi, dzięki wstawiennictwu św. Szymona, wraca do praktykowania sakramentów, do systematycznej spowiedzi, do częstej mszy św. i komunii, do aktywnego życia darami otrzymanymi w sakramencie chrztu, bierzmowania, małżeństwa, czy kapłaństwa. Wielu, dzięki niemu, odkryło wartość sakramentu namaszczenia chorych. Święty Szymon wciąż – niczym kapelan – przynosi ten sakrament, pokazując jak wielka jest jego wartość. Dzięki wstawiennictwu tego pięknego człowieka nawróciło się także tylu księży, którzy odkryli jak wielki skarb otrzymali w sakramencie święceń i jak pięknie mogą nim służyć, przynosząc szczęście innym i sami stając ludźmi szczęśliwymi bez podlizywania się światu.
Skoro tu jesteście, to albo dlatego, że sami tego doświadczyliście, albo pragniecie doświadczyć, albo jedno i drugie. Jesteśmy więc dziś złączeni we wspólnej modlitwie, dziękczynno-błagalnej, którą zanosimy tak w swoim imieniu, jak i w imieniu tych, których tu nie ma fizycznie, ale których przynieśliśmy tu duchowo.
W tym roku nasz odpust ma hasło „Św. Szymon, pielgrzym nadziei”, co jest oczywistym nawiązaniem do hasła i tematu Roku Jubileuszowego. Tak św. Szymon jest pielgrzymem nadziei i jej dostawcą; przynosił i przynosi ludziom nadzieją właśnie przez to, że pomaga nie zwątpić w sens życia, które momentami, a czasem nawet nie tylko momentami, ale w długich etapach, nie jest łatwe. Bywa słynną „ciemną doliną”, o której przejmująco mówi Psalm 23.
Na tym właśnie polega nadzieja. Ona nie jest tanim optymizmem, naiwnym oczekiwaniem na lepsze jutro, łudzeniem się, że jest dobrze, bo szklanka życia jest do połowy pełna. Nadzieja jest stałym i pewnym przekonaniem, że życie ma sens, że wybory dokonane w oparciu o wiarę są najwłaściwszymi w życiu, że człowiek nigdy nie jest sam, bo jest przy nim Bóg, który dotrzymuje danego Słowa, dotrzymuje obietnic, także tej pierwszej i podstawowej, którą jest zbawienie.
Pięknym przykładem człowieka nadziei jest Abram, o którym słyszeliśmy w pierwszym czytaniu (por Rdz 18, 1-10a). To człowiek, któremu Bóg obiecał, że zostanie ojcem wielkiego narodu, liczniejszego niż gwiazdy na niebie (por. Rdz 12, 1-…). Ale oto mijają lata i nic się nie dzieje. Abram nie jest ojcem nawet jednego syna ze swą żoną Sarą, a co dopiero ojcem całego narodu. A jednak, gdy – z ust tajemniczych mężczyzn, w których tradycja będzie widziała Trójcę Świętą – otrzymuje ponowienie obietnicy, o czym słyszeliśmy przed chwilą, nie zwątpi, że tak się stanie. Obietnica jest konkretna, jasna. To będzie za rok (por. Rdz 1,10). I Abram w to wierzy. Bo Bóg tak powiedział. Jego oczekiwanie, choć trudne i cierpiące ma więc sens.
Czyż nie tak pocieszał ludzi św. Szymon. Ludzi, którzy doświadczali rozmaitej bezpłodności swojego życia, nie widzieli jego owoców, byli jakby bez potomka, bez przyszłości i bez nadziei, czyż nie to im mówił, nie to pokazywał, nie o to przede wszystkim się modlił?
Czyż on sam nie był jak ów Abram? Choć jego życie nie było usłane różami; przeciwnie także on doświadczał bolesnych kolców życia, także jego codzienność nie raz była jak ciemna dolina, nigdy nie zwątpił, że to wszystko co zbudował z Bogiem, na Bożym Słowie i Bożej obietnicy ma sens i będzie spełnione. Bo Bóg powiedział.
Mógł i może św. Szymon powtarzać za św. Pawłem, że to Chrystus jest nadzieją chwały, także wtedy, nawet wtedy, a nawet zwłaszcza wtedy, gdy tego nie widzimy, gdy doświadczamy udręk i cierpień! (por. Kol 1,24-15). Szymon wypełniał posłannictwo głoszenia Słowa Bożego. Był jego sługą, chcąc – jak Apostoł Narodów – przedstawić każdego człowieka Chrystusowi, jako doskonałego.
Siostry i Bracia,
korzystajmy więc z tego pięknego wstawiennictwa św. Szymona, zwłaszcza, jeśli dziś czujecie się jak stary bezpłodny Abram. Jak ludzie bezużyteczni, zużyci, niezrealizowani, zmęczeni, opuszczeni, z nadbagażem ciężkiego życia, zwłaszcza, jeśli wydaje się wam, że się nie sprawdziliście jako małżonkowie, rodzice, pracownicy, kumple, duszpasterze. Jako ludzie. Przyjmijcie pocieszającą i nadziejodajną obecność i łaskawość św. Szymona.
Uczestnicząc w tym malowniczym odpuście, otrzymujemy do medytacji także piękny fragment Ewangelii o wizycie Chrystusa w Betanii w domu Marty, Marii i Łazarza (por. Łk 10, 38-42). On nam mówi o wartości przyjaźni, a ta bardzo łączy się z nadzieją. Bo trudniej o beznadzieję, gdy ma się przyjaciół, albo przynajmniej jednego przyjaciela.
Chrystus zatrzymywał się w Betanii, bo to było miejsce, gdzie zwyczajnie było Mu dobrze, gdzie doświadczał ludzkiej dobroci i serdeczności. Gdzie był przyjmowany, chciany, oczekiwany i kochany. W ewangelicznych scenach z Betanii ujawnia się całe, jasne i pełne człowieczeństwo Jezusa. To, że lubi dobry posiłek, że lubi porozmawiać, pogawędzić, pewnie się pośmiać, zapłakać, że potrzebuje spokoju, odprężenia i snu.
Mam nadzieję, że macie takie miejsce. Miejsce, w którym jest wam zwyczajnie dobrze, miejsce „nadziejopełne i nadziejodajne”, dom przyjaciół, może odległy o dziesiątki albo nawet setki kilometrów, jednak prawdziwy, realny i otwarty zawsze, ilekroć byście tam nie przyszli. W tę wakacyjną niedzielę, gdy myślimy o nadziei, pomyślmy więc z wdzięcznością o naszych przyjaciołach, o tych, którzy są dla nas tymi, którymi dla Jezusa była Marta, Maria i Łazarz. Panu Bogu dziś serdecznie za nich podziękujmy. Bo jak mówi Syrach: kto przyjaciela znalazł, skarb znalazł (por. Syr 6,14). Jeśli byśmy nie mieli takiej Betanii, toby znaczyło, że jest z nami bardzo źle. Że coś się w nas boleśnie popsuło, że nasz egoizm i smutne przekonanie o własnej samowystarczalności, przybrały całkiem już monstrualne rozmiary.
Z wdzięcznością myślimy też dziś o tym miejscu, o tym klasztorze, o kościele, który przypomina nam o naszym przyjacielu św. Szymonie, a św. Szymon przypomina nam o słowach Chrystusa, jakże pełnych nadziei, gdy nasz Pan mówi: „Już was nie nazywam sługami, lecz przyjaciółmi” (J 15,15). Tak sam Chrystus jest naszym przyjacielem. Dla papieża Benedykta były to najważniejsze słowa z całego Pisma św. Był nimi wciąż oczarowany. „Chrystus nazwał mnie swoim przyjacielem, mówił. Jestem przyjacielem Chrystusa”.
Tak naprawdę na tym polega istota chrześcijaństwa, którą doskonale odkrył, zrozumiał i przyjął św. Szymon. Bóg w Chrystusie przychodzi do naszego życia, żeby wejść z nami w osobistą relację, żeby się z nami zaprzyjaźnić. Nie musimy do Boga doskakiwać, nie musimy prężyć naszych duchowych muskułów. Chrześcijaństwo jest wcielone. Chrystus chce wejść do tego mego i tego twego życia; udanego i nieudanego, zadowolonego i niezadowolonego, zmęczonego i wypoczętego, konkretnego i dzisiejszego. Chce wejść w to życie, aby nam pomóc. Chce dać czas na to, by się wygadać i na to, by posłuchać. By popatrzeć na swoje wybory, by nam przypomnieć, że oprócz tych doczesnych; koniecznych i codziennych, jest jeszcze ten zasadniczy, wybór dotyczący wieczności, wieczności z Nim. Że najlepsza cząstka naszego istnienia, której nigdy nie będziemy pozbawieni jest dopiero przed nami (por. Łk 10,42). I że warto się o nią troszczyć. Najlepsza, czyli agatos. To słowo oznacza mieszaninę dobra, piękna czegoś co jest pożądane, dające szczęście. Coś o co warto się troszczyć. Tak, wśród koniecznych trosk i zabiegań z których utkane jest nasze życie, warto nie zgubić z oczu i serca także tej agatos, najlepszej cząstki.
Dobrze musiała to rozumieć św. Teresa od Jezusa, która definiowała modlitwę, jako rozmowę z tym, o którym wiemy, że nas kocha. Rozmowa, która nie męczy, na którą się czeka, której się chce.
Dobrze to musiał rozumieć Mistrz Ekhart, który pisze tak: „Nic nie powinno być w nas zakryte, czego byśmy w pełni nie odsłaniali przed Bogiem i Jemu całkowicie nie oddawali. Zaprawdę jeśli wszystko przed Nim odsłonimy; On sam z kolei objawi wszystko, co ma i nie zakryje przed nami naprawdę nic tego, czego może nam udzielić; ani mądrości, ani prawdy, ani swoich tajemnic, ani serdecznej z sobą przyjaźni, ani bóstwa, ani niczego innego”.
Bardzo piękne słowa. I ważne. „Nic nie powinno być w nas zakryte”. Tymczasem często, tak w życiu, jak i na modlitwie, jesteśmy zakryci przed Bogiem jak Adam. Adamie, gdzie jesteś?, pyta Bóg. Ukryłem się, bo jestem nagi (por. Rdz. 3,9-10). Właśnie ta zakrytość, nieszczerość wobec Boga, jest często powodem naszego smutku, duchowej oschłości, stanów beznadziei, a nawet rozpaczy.
„Przyjaciel, to ten, kto wie o tobie wszystko i nie przestaje cię kochać”!
Bez doświadczenia przyjaźni z Bogiem, modlitwa będzie jedynie katorgą, mordęgą, obowiązkowym przymusem, pustosłowiem, marnotrawstwem, bez związku z życiem i bez wpływu na życie. Także ta najwspanialsza i najwznioślejsza z modlitw jaką jest msza św.
Ten zaś, który odkrył w Chrystusie bliskiego przyjaciela, będzie jej potrzebował i chciał. Kiedy czytam dane o tym, że na niedzielne msze święte chodzi – średnio – w Polsce niecałe trzydzieści procent ludzi, to pierwszą myślą jest: szkoda, a pierwszym uczuciem – żal. Szkoda i żal, bo to znaczy, że tyle osób nie doświadcza przyjaźni z Chrystusem, nie czerpie swej nadziei od Niego. Ale kto znalazł w Chrystusie przyjaciela będzie się spowiadał z opuszczenia modlitwy nie jak z niewypełnienia religijnego obowiązku, ale jak ze zmarnowanej okazji, by przyjaźń pogłębić.
Taki ktoś szybko zrozumie, że dzięki wsparciu Chrystusa, łatwiej być człowiekiem z dzisiejszego Psalmu, którym był św. Szymon i którym pewnie każdy w głębi serca chce być: człowiekiem uczciwym, prawdomównym, nie głoszącym oszczerstw, nie czyniącym bliźniemu świadomie i dobrowolnie zła, nie ubliżającym sąsiadom, wiernym danym zobowiązaniom i złożonym przysięgom (por. Ps. 15 1-5).
Ale, Bracia i Siostry,
popatrzmy jeszcze na tę, usłyszaną przed chwilą Ewangelię, także jak na metaforę Kościoła, który ma być przestrzenią nadziei, spotkania i przyjaźni. Taki Kościół kochał i o taki Kościół zabiegał św. Szymon. O taki właśnie Kościół chodzi w trwającym już od kilku lat synodzie. Pierwszą jego fazę mamy już za sobą. Papież Franciszek zaprosił nas do tego, a papież Leon to zaproszenie podtrzymuje, byśmy właśnie taki Kościół chcieli razem budować. Trzy synodalne hasła to: komunia, a więc moje spotkanie z Bogiem, uczestnictwo, a więc nasze spotkanie między sobą we wspólnocie Kościoła i misja, a więc spotkanie Kościoła ze światem. Budujmy Kościół, który nie jest przede wszystkim zbiurokratyzowaną instytucją z urzędnikami w sutannach, ani klatką z surowymi przepisami i nie mniej surowymi strażnikami, nie chciejmy Kościoła wyniosłego, celebrowanego, oddalonego od ludzi i od życia, Kościoła na księżycu. Chciejmy Kościoła, który jest na ziemi, który jest przestrzenią spotkania. Owszem, jest wieczną przestrzenią spotkania w niebie, spotkania Świętych, ale niech będzie też przestrzenią spotkania ludzi; różnych, rozmaitych, wieloimiennych, gdzie jeden nie jest kserokopią drugiego i gdzie nikt nie jest kopią mnie. Gdzie każdy jest odmienny. Chciejmy Kościoła, który w świecie monad, w świecie ludzi samotnych, przez to, że będzie łączył, będzie interesujący. Budujmy Kościół, który pokazuje światu Chrystusa, który jest blisko. Chciejmy Kościoła, który ma odwagę upominać każdego człowieka i uczyć każdego człowieka, ale nie po to, by człowieka upokorzyć, oskarżyć, obrazić i ukarać, ale po to, by – jak to powiedział to przed chwilą Apostoł Narodów – „każdego człowieka przedstawić jako doskonałego w Chrystusie” (Kol 1,28).
Bracia i Siostry,
jesteście tu z różnych miejsc w Polsce. Wielu z was jest na wakacjach. Wrócicie do swoich parafii, budujmy taki Kościół tam, na miejscu. Tam, gdzie jesteśmy. Papież Franciszek mówił, że synod to nie jest robota do zrobienia, ale to stały sposób istnienia Kościoła. Oby taki Kościół, po troszku, po kawałeczku, pewnie nieraz z mozołem powstawał tam, gdzie jesteśmy na co dzień.
I to chyba tyle.
Bracia i Siostry,
powierzmy się dziś, każdy jak umie i jak chce, po swojemu, powierzmy się wielkiemu wstawiennictwu św. Szymona, wielkiego przyjaciela Boga, wielkiego przyjaciela człowieka i wielkiego syna Kościoła. Dzisiaj, teraz, w tym momencie naszego życia, powierzmy mu wszystkie sprawy, wszystkie relacje, naszych przyjaciół i naszą samotność, naszą codzienność i naszą odświętność, naszą aktywność i naszą bierność, nasz niepokój i nasz spokój, wszystkie cząstki naszego życia. Powierzmy mu także nasz Kościół.
Święty nasz Bracie Szymonie, nasz Przyjacielu, pielgrzymie nadziei, który już jesteś w wiecznej Betanii nieba, który masz już najlepszą cząstkę, który nadziei już nie potrzebujesz, tak samo jak wiary, bo wszystko wypełnia ci teraz Miłość, zanieś nas, zbyt zakrzątanych i zbyt zwariowanych, często osamotnionych i zrozpaczonych, zanieś nas Chrystusowi, a nam – jak dotąd pokazuj Chrystusa, najlepszego z przyjaciół i nadzieję przyszłej chwały. Amen,
+ Adrian J. Galbas SAC

